Przekroczyłem metę swojego pierwszego maratonu. 3 godziny i 57 minut.
Dopóki biegłem, nogi jeszcze jakoś wykonywały zadanie. Kiedy stanąłem, musiałem się kogoś złapać, bo nie byłem w stanie sam ustać. Przez chwilę byłem zdezorientowany. Czułem ciężar nóg, którego nie umiałem porównać z żadnym wcześniejszym treningiem.
A jednocześnie miałem łzy w oczach.
Jeszcze niedawno rezygnowałem z tego startu. Problemy z nogami, później choroba, przygotowania dalekie od tego, jak powinny wyglądać w mojej głowie. Ostatecznie ruszyłem z myślą: przebiegnę tyle, ile dam radę.
Teraz byłem za metą. Z wynikiem, który wyobraziłem sobie jeszcze w kwietniu. Żeby wyjaśnić, dlaczego tyle to dla mnie znaczyło, muszę cofnąć się o dziesięć lat. Do czasów, kiedy mój życiowy rekord biegania wynosił mniej więcej cztery kilometry.
Cztery kilometry i pomysł na półmaraton
Był 2016 rok. Mieszkałem w Norwegii, a cztery kilometry były dla mnie wystarczającym powodem, żeby uznać bieganie za zakończone. Nie cztery kilometry w jakimś kosmicznym tempie. Po prostu cztery kilometry i wystarczy.
Wtedy moja kochana siostra Marta powiedziała, że we wrześniu jest półmaraton w Oslo i moglibyśmy go pobiec. Ona oczywiście trzaskała półmaratony jak szalona, ja nie koniecznie. Jednak męska ambicja i te słynne „co ja nie dam rady? Potrzymaj mi piwo…”. Uznałem oczywiście, że skoro biegam maksymalnie cztery kilometry, to 21 brzmi jak całkiem logiczny następny krok.
Powiedziałem: dobra, lecimy. Dopiero na mecie zdałem sobie sprawę na co się zdecydowałem.
Marta zasugerowała, żebym najpierw spróbował przebiec dziesięć kilometrów. Pamiętam ten bieg do dzisiaj. To musiał być czerwiec. Dobiegłem i byłem z siebie cholernie dumny. Dzisiaj dycha jest dla mnie normalnym treningiem. Wtedy była czymś, czego jeszcze chwilę wcześniej nie widziałem w swoim zasięgu.
Do półmaratonu przygotowywałem się po swojemu. Biegałem, zwiększałem dystanse i miałem zwykłe Nike do biegania. Znaczenie dobrze dobranych butów poznałem później, metodą skuteczną, choć średnio przyjemną: po półmaratonie paznokcie w obu stopach uznały, że ich dalsza obecność nie jest konieczna.
Na starcie w Oslo chciałem po prostu ukończyć bieg. Zajęło mi to około 2 godzin i 11 minut. Na ostatnich kilometrach byłem kompletnie zajechany. Ledwo łapałem oddech, a organizm bardzo wyraźnie informował mnie, że ma serdecznie dość tego pomysłu.
Biegł z nami Tomek, znajomy Marty, dużo bardziej doświadczony biegacz. Na końcówce podpowiadał, żebym mocniej pracował rękami i pomagał sobie utrzymać rytm.
Kiedy dobiegłem do mety, chciałem natychmiast stanąć. Tomek wołał, żebym jeszcze chwilę potruchtał. Patrzyłem na niego jak na wariata. W mojej głowie sytuacja była jasna: jest meta, zadanie zakończone, system można wyłączyć.
Zmęczenie było ogromne. Satysfakcja jeszcze większa. Do dzisiaj wracam do tego momentu jak stoję przed jakimś wyzwaniem. Nie wiedziałem wtedy, że dziesięć lat później przypomnę sobie jego słowa w bardzo podobnej sytuacji. Tylko znacznie dalej od startu.
Maraton, który miał się wydarzyć w 2018 roku
Dwa lata później pobiegłem półmaraton w Warszawie. Byłem lepiej przygotowany i poprawiłem wynik do mniej więcej 1 godziny i 51 minut. Wtedy pojawił się kolejny cel: pełny maraton. Chciałem wrócić do Oslo i tam przebiec swoje pierwsze 42 kilometry.
Zacząłem przygotowania, ale pojawiła się kontuzja. Z dzisiejszej perspektywy widzę też, że zwyczajnie brakowało mi konsekwencji. Długie bieganie wymaga czasu, a ja nie chciałem rezygnować z siłowni i innych aktywności.
Nie będę teraz poprawiał własnej legendy. Były zrywy, były plany, ale regularność wyglądała różnie. Kontuzja stała się również wygodnym powodem, żeby odłożyć temat. I tak maraton na osiem lat trafił do szuflady z napisem „kiedyś”.
W międzyczasie były siłownia, CrossFit, praca, rodzina i kolejne sportowe wyzwania. W kwietniu 2025 roku ukończyłem HYROX w kategorii Open z czasem 1:10. Na 2026 rok zaplanowałem następny krok: listopadowy debiut w HYROX PRO.
W kwietniu wrócił jednak również maraton. Pomyślałem, że skoro do HYROX-a i tak biegam, może uda się połączyć przygotowania i wreszcie domknąć stary cel. Jak zwykle wszystko brzmiało doskonale, dopóki ciało nie zaczęło dodawać własnych przypisów.
3:57 pojawiło się wcześniej niż meta
Kiedy zdecydowałem się na maraton, zobaczyłem w głowie konkretny czas: 3 godziny i 57 minut.
Nie wiem, dlaczego akurat tyle. Po prostu taki wynik pojawiał się w mojej wizualizacji. Mówiłem o nim wcześniej, również w materiałach publikowanych w social mediach. Na szczęście nie mogę więc teraz dopisać sobie tej historii tylko dlatego, że dobrze pasuje do zakończenia.
Moje przygotowania nie przypominały jednak klasycznego planu maratońskiego. Wiosną dłuższe biegi miały zwykle 10–12 kilometrów. Latem zacząłem dochodzić do 15, 17 i 18. W sierpniu pierwszy raz przekroczyłem 20 kilometrów. Właśnie wtedy zaczęły się problemy z nogami.
Wydolnościowo czułem się dobrze. Miałem wrażenie, że spokojnie mogę biec dalej. Fizjoterapeuta wskazał jednak przeciążenie kompleksu mięśni strzałkowych i tendencję do mocniejszego obciążania zewnętrznych krawędzi stóp.
Mówiąc moim językiem: silnik chciał pracować, ale podwozie zaczęło wyświetlać kontrolkę serwisową. Pod koniec sierpnia miałbyć Nordan 24 km. Ten bieg miał być sprawdzianem przed maratonem i okazją, żeby zobaczyć, jak poradzę sobie na dłuższym dystansie.
Nie wystartowałem. Wykluczyła mnie choroba. Do problemów z nogami doszła więc infekcja, a ważny test wypadł z przygotowań. W końcu uznałem, że odpuszczam maraton i skupiam się na HYROX-ie. W tamtym momencie uważałem tę decyzję za właściwą. Nadal tak uważam.
Przestałem zwiększać dystanse. Biegałem krócej, zwykle do 10–12 kilometrów, czasem kilka kilometrów na bieżni przy okazji treningu siłowego lub CrossFitu. Dawałem nogom więcej odpoczynku. Tylko maraton jakoś nie chciał wyjść mi z głowy.
Na start wróciłem z innym planem
Im bliżej było biegu, tym częściej myślałem, że może jednak spróbuję. Dopuszczałem, że przebiegnę tylko część dystansu. Chciałem ruszyć spokojnie, obserwować, jak się czuję, i zobaczyć, na ile pozwolą mi nogi. Listopadowy HYROX PRO nadal pozostawał ważnym celem.
Pierwszy kilometr wyszedł około 6:13. Ludzie mnie wyprzedzali, a ja momentami miałem wrażenie, że biegnę gdzieś na samym końcu imprezy. Co ciekawe, właśnie pierwsze dziesięć kilometrów było trudne. Pojawiały się myśli: „Dopiero tyle? Jeszcze ponad trzydzieści?”.
Później złapałem rytm. Oddech się uspokoił, ruch stał się swobodniejszy, a kilometry zaczęły mijać szybciej. Do półmaratonu dotarłem mniej więcej po dwóch godzinach. Sprawdziłem, jak się czuję. Nogi dawały radę. Przede mną zobaczyłem pacemakerów prowadzących na cztery godziny.
Pomyślałem: może ich dogonię? Może jednak uda się zrobić 3:59? Tak więc, zacząłem stopniowo przyspieszać. Niektóre kilometry wychodziły w okolicy 5:10–5:20. Dogoniłem grupę na cztery godziny, a później ją wyprzedziłem.
Wtedy uwierzyłem, że ten dzień może skończyć się znacznie lepiej, niż zakładałem rano.
Problem mniej bohaterski: koszulka
W okolicach połowy biegu pojawił się też problem, który średnio pasuje do podniosłej opowieści o przekraczaniu granic. Koszulka zaczęła obcierać mi sutki.
W pociągu nasłuchałem się historii o kończeniu maratonu z krwią na klatce piersiowej. Ponieważ nie jestem największym fanem takich widoków, rozwiązanie było szybkie: zdjąłem koszulkę.
Planowałem założyć ją przed metą, żeby na zdjęciach wyglądać jak cywilizowany człowiek. Później jednak zmieniły mi się priorytety.
Na 31. kilometrze nogi zrobiły się obce
Po 31 kilometrach i kilkuset metrach poczułem coś, czego wcześniej nie znałem. Nogi nagle zrobiły się niesamowicie ciężkie. Jakby ktoś w ciągu chwili wyjął z nich energię. To było inne zmęczenie niż na pierwszym półmaratonie. W Oslo ledwo łapałem oddech. Tutaj miałem poczucie, że oddechowo daję radę, ale każdy krok staje się coraz trudniejszy.
Wtedy przypomniałem sobie Tomka. Dziesięć lat wcześniej mówił mi, żebym mocniej pracował rękami. Zacząłem robić to bardziej świadomie, próbując utrzymać rytm. Skupiałem się na kolejnym kroku, potem następnym.
Bałem się przejść do marszu. Miałem wrażenie, że jeśli przestanę biec, trudno będzie mi ruszyć ponownie. Tempo spadło, ale nadal utrzymywałem je poniżej sześciu minut na kilometr.
Najtrudniejsze były ostatnie trzy kilometry. Przed startem wyobrażałem sobie, że właśnie wtedy jeszcze przyspieszę. Nie miałem z czego. Czułem ciężar nóg i próbowałem utrzymać ruch. Zdjęcia na mecie, koszulka, efektowny finisz, to wszystko straciło znaczenie. Chciałem już tylko dotrzeć.
Za metą przyszły łzy
Udało się. Ukończyłem pierwszy maraton z wynikiem 3:57. Dokładnie w tej minucie, która od kwietnia siedziała mi w głowie.
Kiedy się zatrzymałem, musiałem się kogoś złapać. Nogi nie dawały mi pewnego oparcia. Byłem zdezorientowany i przez chwilę nie wiedziałem, co zrobić z tym dziwnym uczuciem.
Jednocześnie czułem ogromną dumę. Miałem łzy w oczach, bo wróciły do mnie wszystkie wcześniejsze etapy: decyzja z kwietnia, problemy z nogami, choroba, odpuszczenie startu i poranna myśl, że pobiegnę tyle, ile zdołam.
Teraz było po wszystkim. Dobiegłem.
Mam 37 lat. Trenowałem siłowo, robiłem CrossFit, startowałem w HYROX-ie i przeżyłem sporo treningów, po których człowiek zastanawia się nad swoimi pomysłami. Takiego uczucia w nogach jeszcze nie znałem.
Po odpoczynku zacząłem poruszać się swobodniej, choć nadal czułem każdy krok. Później, po siedzeniu w pociągu, odezwały się też wcześniejsze miejsca przeciążeniowe. Radość z wyniku była ogromna. Ciało przypominało jednak, że jest również druga strona tej historii.
Co zrobiłbym inaczej
Jestem dumny, że dobiegłem. Sam wynik nie oznacza jednak, że w przygotowaniach wszystko zrobiłem dobrze.
Gdybym zaczynał jeszcze raz, wcześniej zadbałbym o dokładną ocenę sposobu biegania i lepsze dopasowanie treningu do swoich stóp oraz nóg. Więcej uwagi poświęciłbym doborowi butów. Byłbym gotowy więcej w nie zainwestować, ale przede wszystkim chciałbym dobrać je do swoich potrzeb.
Lepiej zaplanowałbym też stopniowe przygotowanie do długiego biegu po twardej nawierzchni. Miałem poczucie, że właśnie takiego wybiegania zabrakło mi w nogach.
Przemyślałbym również odżywianie podczas wysiłku. Miałem trzy żele, korzystałem z punktów, jadłem owoce i piłem elektrolity, ale chciałbym podejść do tego bardziej świadomie i wcześniej sprawdzić cały plan na treningach.
Przez znaczną część biegu czułem, że wydolnościowo mam jeszcze zapas. Kusi mnie więc myśl, że z lepszym przygotowaniem nóg mógłbym pobiec szybciej. Czy rzeczywiście tak będzie? To mogę dopiero sprawdzić.
Na razie dostałem konkretną lekcję: poczucie dobrej kondycji nie mówi jeszcze wszystkiego o gotowości do maratonu.
Co z tą głową i wizualizacją?
Wynik 3:57 nadal mnie fascynuje. Najpierw zobaczyłem go w głowie. Później trenowałem, następnie zrezygnowałem ze startu, ostatecznie ruszyłem bez pewności, czy ukończę. Na trasie pomyślałem o 3:59, a skończyło się na 3:57.
Rozumiem, dlaczego łatwo dopisać do tego teorię o potędze podświadomości. Sam mocno czuję znaczenie nastawienia i obrazu celu. Wizualizacja nie przebiegła jednak za mnie żadnego kilometra. Za tym startem były treningi, bieganie, siłownia, CrossFit, fizjoterapia, praca nad stopą i wiele zwyczajnych dni, w których trzeba było po prostu zrobić swoje.
Nie wiem, na ile wcześniejsze wyobrażenie wpłynęło na wynik. Wiem, że dało mi punkt odniesienia. Dlatego zobaczenie tego czasu po biegu tak mocno mnie poruszyło. To samo stosowałem przy pierwszym maratonie i tak samo wizualizowałem wynik w Hyrox w Kwietniu 2025 z sukcesami.
Nie powiedziałbym jednak, że wszystko jest w głowie. Moje nogi po 31. kilometrze miałyby w tej sprawie sporo uwag. Ale właśnie w głowie pojawiła się kiedyś zgoda, żeby spróbować dziesięciu kilometrów. Potem półmaratonu. W końcu pełnego maratonu.
Teraz PRO. Dalej Ironman
Moim drugim dużym wyzwaniem w tym roku będzie listopadowy HYROX PRO. Wcześniej startowałem już w HYROX-ie, ale w PRO wystąpię po raz pierwszy.
Cel mam konkretny: 1:10, czyli taki czas, jaki uzyskałem w kategorii Open w kwietniu 2025 roku. Teraz chcę sprawdzić się z większymi obciążeniami.
Dalej jest Ironman.
Po tym maratonie czuję do niego jeszcze większy respekt. Kiedy myślę, że te 42 kilometry trzeba tam przebiec po pływaniu i rowerze, naprawdę zastanawiam się, jak przygotować do tego ciało.
Jeszcze nie wiem, jak przejdę całą tę drogę. Wiem za to, że mam czego się nauczyć. Na razie chcę nacieszyć się tym, co zrobiłem.
Dziesięć lat temu cztery kilometry były moim rekordem. Na końcówce półmaratonu Tomek podpowiadał mi, jak pomagać sobie rękami. Teraz jego słowa wróciły na 31. kilometrze maratonu i pomogły zrobić kolejne kroki.
W codzienności nadal jestem ojcem, partnerem, mam pracę i obowiązki. Wynik na mecie tego nie zmienia. Zostaje jednak duma i świadomość, że zrobiłem coś, co długo wydawało mi się odległe.
Maraton, który przez osiem lat był „kiedyś”, jest już za mną. 3:57.
