Talerz Mocy

Misja Energia: Talerz Mocy, czyli jak zbudować dobry posiłek

Na drugie spotkanie z dzieciakami szedłem już trochę spokojniejszy. Pierwszą „Misję Energia” miałem za sobą. Wiedziałem, że bateria, paliwo dla mózgu i szybki kop kontra stabilna energia zadziałały całkiem dobrze. Nie wiedziałem tylko, ile z tego zostało w ich głowach.

Umówmy się, dzieci mają dzisiaj tyle bodźców, że dorosły prowadzący warsztaty konkuruje nie tylko z kolegą siedzącym obok. Konkuruje z TikTokiem, Minecraftem, wakacjami, tym, co wydarzyło się na boisku, i jeszcze z pytaniem, czy po spotkaniu będzie coś dobrego do jedzenia.

Zacząłem więc od prostego testu.

– Kto pamięta, co ładuje naszą baterię?

Poszły ręce w górę.

Woda. Sen. Jedzenie. Ruch. Śniadanie.

– A co może ją szybko rozładować?

Znowu odpowiedzi. Za mało snu. Brak wody. Za dużo słodkiego picia.

Byłem naprawdę mile zaskoczony. Dzieciaki nie tylko sporo zapamiętały z pierwszego spotkania, ale też były mega aktywne. Zgłaszały się, odpowiadały, dorzucały własne przykłady. Miałem potwierdzenie, że możemy wejść poziom wyżej.

Ostatnio sprawdzaliśmy, co ładuje baterię. Tym razem wzięliśmy na warsztat jeden z jej najważniejszych elementów, czyli jedzenie. Tylko bez liczenia kalorii, ważenia marchewki i sprawdzania, kto ma „dobry”, a kto „zły” lunchbox. Zamiast tego zbudowaliśmy drużynę.

Twój talerz to drużyna. Jeden zawodnik meczu nie wygra

Zapytałem dzieciaki:

– Gdyby wasz talerz był drużyną piłkarską, kto grałby w ataku, kto w obronie, a kto dostarczałby energię?

Pomysł był prosty. Jeżeli na boisko wyjdzie jeden zawodnik, może nawet przez chwilę efektownie pobiega, ale całego meczu raczej nie wygra. Potrzebuje pomocy pozostałych zawodników.

Z jedzeniem jest podobnie.

Sama drożdżówka, baton albo kanapka z kremem czekoladowym mogą dać smak, przyjemność i szybki zastrzyk energii. Brakuje im jednak części drużyny, która pomogłaby utrzymać sytość i bardziej stabilnie przejść przez kilka kolejnych godzin.

To samo dotyczy dorosłych. Tylko my potrafimy nadać temu bardziej profesjonalną nazwę.

Nie jemy batona, bo mamy ochotę na batona. Jemy go, bo „mamy intensywny dzień i potrzebujemy szybko uzupełnić energię”. Potem dokładamy kawę, bo jest spotkanie, kolejną kawę, bo jest godzina 14:00, a wieczorem próbujemy zrozumieć, dlaczego nasza koncentracja wygląda jak internet radiowy podczas burzy.

Talerz Mocy nie jest kolejną dietą. To prosty model, który pomaga szybko sprawdzić, czy posiłek ma pełną drużynę.

Potrzebujemy:

  • czegoś do siły,
  • czegoś do energii,
  • czegoś kolorowego,
  • czegoś do picia.

Nie zawsze każdy posiłek będzie podręcznikowy. Nie musi. Chodzi o to, żeby umieć zauważyć, którego zawodnika brakuje, i w razie potrzeby wprowadzić go na boisko.

Zawodnik pierwszy: coś do siły

Pierwszym graczem w naszej drużynie jest białko. Dzieciom przedstawiałem je jako budowniczego. Pomaga w budowie i regeneracji tkanek, a jego obecność w posiłku może również zwiększać sytość.

Nie trzeba od razu odpalać aplikacji i sprawdzać, czy w jajku zgadza się liczba gramów do drugiego miejsca po przecinku. Na początek wystarczy zadać sobie proste pytanie:

Gdzie w tym posiłku jest coś do siły?

Może to być jajko, jogurt, skyr, twaróg, ser, mięso, ryba, tofu, fasola, soczewica albo inne strączki. Odżywka białkowa również może być wygodnym dodatkiem, szczególnie kiedy trenujesz i potrzebujesz prostego rozwiązania, ale nie jest magicznym proszkiem niezbędnym do normalnego życia.

Spójrz na kanapkę z samym kremem czekoladowym. Smak jest. Energia jest. Przyjemność też jest i nie będziemy udawać, że nie. Ale gdzie jest zawodnik od siły?

Teraz weź kanapkę z jajkiem, twarogiem, serem albo dobrej jakości wędliną. Dodaj warzywo i postaw obok wodę. Nadal jest to zwykła kanapka, a nie posiłek przygotowany przez dietetyka reprezentacji olimpijskiej. Ma jednak znacznie pełniejszy skład.

U dorosłego faceta działa to dokładnie tak samo. Jeżeli pierwszy posiłek jest zbudowany głównie z szybkiej przekąski i kawy, nie ma sensu dziwić się, że dwie godziny później mózg otwiera wewnętrzne zebranie pod tytułem: „Czy ktoś widział tu coś słodkiego?”.

Zawodnik drugi: coś do energii

Drugi zawodnik dostarcza paliwo do pracy, nauki, ruchu i treningu. Najczęściej będą nim produkty zawierające węglowodany: pieczywo, owsianka, ryż, kasza, ziemniaki, makaron czy owoce.

W dziecięcej wersji porównywaliśmy różne źródła energii do fajerwerków i ogniska. Fajerwerki robią szybkie „wow”, ale po chwili znika. Ognisko rozpala się spokojniej i może grzać dłużej.

To oczywiście uproszczenie, bo wpływ posiłku zależy nie tylko od jednego produktu, ale od całej kompozycji, porcji i sytuacji. Inaczej wykorzystasz banana przed treningiem, inaczej zjesz go z jogurtem i orzechami rano, a jeszcze inaczej zadziała duży słodki napój wypity przy biurku.

I właśnie tu wracamy do drużyny.

Owsianka sama w sobie daje paliwo. Jeżeli dodasz do niej skyr lub odżywkę białkową, owoce oraz trochę orzechów, tworzysz posiłek z większą liczbą zawodników. Ryż z kurczakiem to już baza, ale dorzucenie warzyw sprawia, że na boisku pojawia się również kolor. Kanapka może być zwykłym zapychaczem albo sensownym posiłkiem — zależnie od tego, co położysz między kromkami.

Węglowodany nie są wrogiem. Szczególnie jeśli pracujesz głową, biegasz, ćwiczysz siłowo albo próbujesz przeżyć aktywny dzień bez zasypiania na stojąco. Problem zaczyna się wtedy, gdy cały system opiera się na kolejnych szybkich strzałach i prawie nie ma w nim produktów, które dostarczają również błonnika i innych składników odżywczych.

WHO zaleca, aby podstawą zdrowego sposobu jedzenia była różnorodność obejmująca m.in. warzywa, owoce, produkty pełnoziarniste, strączki, orzechy i źródła białka, przy jednoczesnym ograniczaniu nadmiaru wolnych cukrów, soli oraz wysoko przetworzonych produktów. Brzmi poważnie, ale w praktyce nadal sprowadza się to do bardzo prostego pytania: czy na moim talerzu gra cała drużyna? WHO – Healthy diet

Tłuszcz też wchodzi na boisko

Podczas spotkania pojawił się jeszcze jeden zawodnik, którego nie chciałem pomijać — tłuszcz.

Tłuszcz nie jest ani zły, ani magiczny. Jest potrzebnym składnikiem diety i nośnikiem m.in. witamin rozpuszczalnych w tłuszczach. Orzechy, pestki, oliwa, awokado, masło orzechowe czy tłuste ryby mogą uzupełnić posiłek i zwiększyć jego sytość.

Nie oznacza to jednak, że teraz mamy polać wszystko połową butelki oliwy, bo „zdrowe”. Talerz Mocy nie polega na dokładaniu wszystkiego bez końca. Chodzi o skład i proporcje, a nie o zbudowanie kopca jedzenia, który ma własny kod pocztowy.

Garść orzechów do jogurtu z owocami? Ma sens. Łyżka masła orzechowego do owsianki? Też. Oliwa do sałatki? Jak najbardziej.

Cały słoik masła orzechowego zjedzony wieczorem łyżką przy serialu nadal jest całym słoikiem masła orzechowego. Nawet jeśli etykieta wygląda bardzo sportowo.

Zawodnik trzeci: coś kolorowego

Trzeci element to warzywa lub owoce. Pomidor, ogórek, marchew, papryka, jabłko, banan, borówki. Nie chodzi o jeden obowiązkowy produkt, tylko o różnorodność.

Kolor na talerzu nie jest dekoracją do zdjęcia na Instagramie. Warzywa i owoce dostarczają m.in. błonnika, witamin, składników mineralnych oraz wielu związków bioaktywnych. Różne produkty mają różny skład, dlatego zmienianie kolorów i źródeł ma więcej sensu niż jedzenie codziennie jednego samotnego liścia sałaty i uznawanie tematu warzyw za zamknięty.

Dzieciakom mówiłem też o ekipie małych pomocników mieszkających w brzuchu. To uproszczony obraz mikroorganizmów tworzących mikrobiotę jelitową. Lubią one różnorodność i produkty zawierające błonnik.

Brzuch i mózg nie działają jako dwa całkowicie osobne departamenty. Układ pokarmowy, układ nerwowy i nasze samopoczucie wpływają na siebie na wiele sposobów. Każdy zna przynajmniej część tego mechanizmu z własnego życia: motyle w brzuchu przed ważnym wydarzeniem, ściśnięty żołądek podczas stresu albo nagły spadek cierpliwości, kiedy głód zaczyna przejmować sterowanie.

Nie oznacza to, że marchewka naprawi stres, a jogurt rozwiąże każdy problem z nastrojem. Gdyby tak było, psychologowie przyjmowaliby między regałem z nabiałem a działem warzywnym. Oznacza to tylko tyle, że jedzenie jest częścią całego systemu, a nie wyłącznie narzędziem do sterowania wagą.

Zawodnik czwarty: woda

Czwarty gracz wygląda najmniej spektakularnie. Nie ma kolorowego opakowania, błyskawicy na etykiecie ani nazwy brzmiącej jak paliwo do myśliwca.

To zwykła woda.

Możesz przygotować świetny posiłek, ale jeżeli przez pół dnia pijesz wyłącznie kawę i dopiero wieczorem przypominasz sobie o nawodnieniu, twój system może działać słabiej. Szczególnie podczas wysiłku, upału albo intensywnego dnia.

Dzieciom powiedziałem wprost: do szkoły, na WF i na trening najlepszą bazą jest woda. Słodki napój może być czymś wypitym dla smaku, ale nie powinien udawać głównego źródła nawodnienia.

Energetyk natomiast nie tworzy prawdziwej energii. Dostarcza przede wszystkim substancji pobudzających, często również dużej ilości cukru. To próba podkręcenia obrotów, a nie naprawa przyczyny rozładowanej baterii. Jeżeli organizm woła o sen, wodę i jedzenie, puszka z błyskawicą nie buduje fundamentu. Co najwyżej na chwilę przykrywa problem.

U dorosłych mechanizm jest podobny, tylko energetyk czasami zamieniamy na trzecią lub czwartą kawę. Zanim po nią sięgniesz, warto przeprowadzić szybki audyt systemu:

Piłem wodę? Zjadłem normalny posiłek? Spałem? Ruszałem się? A może próbuję wycisnąć kolejne dwie godziny działania z baterii, która od rana świeci na czerwono?

Pizza i kebab też mogą mieć drużynę

Na warsztacie pojawił się temat pizzy, kebaba i gotowych produktów. Tu łatwo wejść w stary schemat: zdrowe kontra niezdrowe, dobre kontra złe, marchewka kontra koniec świata.

Tylko że jedzenie tak nie działa.

Pizza może mieć źródło białka, węglowodany i warzywa. Kebab może zawierać mięso, pieczywo oraz sporą porcję surówki. Problemem nie jest sama nazwa potrawy. Znaczenie ma skład, porcja, sposób przygotowania, dodatki i to, jak często dany posiłek pojawia się w naszym menu.

Niektóre fast foody i gotowe produkty dostarczają dużo kalorii, soli i tłuszczu przy stosunkowo małej ilości błonnika oraz warzyw. Mogą smakować świetnie, ale nie zawsze najlepiej sprawdzają się jako codzienna baza.

To jest jedzenie na czasem, a nie powód do poczucia winy.

Jeżeli jesz pizzę, zjedz pizzę i ciesz się pizzą. Nie musisz potem odbywać siedmiu dni pokuty na bieżni. Sprawdź tylko, czy na co dzień twoja drużyna pojawia się na boisku wystarczająco często.

Talerz Mocy nie oznacza: jedz, ile tylko się zmieści

Podczas spotkania zależało mi również na pokazaniu dzieciom, że dobry posiłek nie oznacza maksymalnie dużego posiłku.

Za mało jedzenia może nie wystarczyć na długi dzień, naukę lub trening. Za dużo jedzenia, szczególnie krótko przed ruchem, może natomiast powodować ciężkość i senność.

Porównałem to do plecaka.

Pusty plecak nie ma tego, czego potrzebujesz. Ale przeładowany plecak też nie pomaga — ciąży, przeszkadza i odbiera swobodę.

Tak samo działa posiłek. Ma dostarczyć potrzebnych rzeczy, ale nie musi przygniatać.

Dorośli często tracą ten moment z oczu. Jemy szybko, przy ekranie, pomiędzy zadaniami albo dopiero wieczorem, kiedy nadrabiamy cały dzień. Sygnał sytości zdążyłby wysłać trzy maile i zgłoszenie do działu IT, ale my nadal dokładamy, bo uwaga jest gdzieś indziej.

Talerz Mocy dotyczy nie tylko tego, co jesz. Znaczenie ma także ilość, tempo i sytuacja, w której jesz.

Dzieci zbudowały swoje drużyny. Ty też możesz

Po części edukacyjnej skończyło się gadanie. Dzieciaki dostały karty produktów i zaczęły budować własne Talerze Mocy: przed szkołą, po treningu, na wycieczkę albo na turniej.

Moje pytania były proste:

– Gdzie jest coś do siły?

– Co daje energię?

– Jaki kolor dodaliście?

– Co będzie do picia?

– Ten posiłek da szybkie turbo czy pomoże utrzymać moc dłużej?

I właśnie wtedy zobaczyłem największą wartość tego ćwiczenia. Dzieci nie potrzebowały tabel kalorycznych ani wykładu z biochemii. Potrzebowały prostego modelu, dzięki któremu same mogły ocenić posiłek i coś do niego dołożyć.

My, dorośli, potrzebujemy dokładnie tego samego.

Nie kolejnej idealnej diety zapisanej na 28 stronach. Nie planu, który działa wyłącznie wtedy, gdy mamy spokojny tydzień, pustą lodówkę należącą tylko do nas i prywatnego kucharza. Potrzebujemy pytania, które można zadać rano przed pracą, na stacji benzynowej, w hotelu, przy rodzinnym obiedzie i po treningu.

Czy ten talerz ma drużynę?

Talerz Mocy faceta po trzydziestce

Jeśli pracujesz, trenujesz, masz rodzinę, obowiązki i próbujesz jeszcze zbudować coś własnego, twoje jedzenie musi działać w prawdziwym życiu. Nie w laboratorium i nie tylko od poniedziałku do czwartku, kiedy wszystko idzie zgodnie z planem.

Talerz Mocy może wyglądać bardzo zwyczajnie:

  • owsianka z owocami, skyrem lub odżywką białkową i garścią orzechów,
  • jajka, pieczywo, pomidor albo ogórek i woda,
  • ryż, kurczak lub tofu, warzywa i odrobina oliwy,
  • ziemniaki, ryba oraz surówka,
  • kanapki z twarogiem, jajkiem lub mięsem, warzywem i owocem obok,
  • jogurt naturalny ze zbożami, owocami i orzechami, kiedy naprawdę nie masz czasu.

Nie ma jednego idealnego talerza dla wszystkich. Potrzeby zależą m.in. od wielkości ciała, aktywności, stanu zdrowia, celu i pory dnia. Człowiek przygotowujący się do maratonu może potrzebować innej ilości paliwa niż ktoś siedzący przez większość dnia przy biurku.

Model pozostaje jednak ten sam: siła, energia, kolor i woda.

Mini challenge: wprowadź jednego zawodnika

Nie próbuj od jutra poprawiać całej diety. To klasyczny sposób na zbudowanie ambitnego planu, który umrze w środę około 16:30.

Wybierz jeden posiłek, który jesz często, i sprawdź jego skład:

  1. Czy ma coś do siły?
  2. Czy ma sensowne źródło energii?
  3. Czy znajduje się w nim owoc lub warzywo?
  4. Co pijesz?
  5. Czy porcja daje ci energię, czy przygniata?

Jeżeli brakuje jednego zawodnika, dodaj tylko jego.

Do kanapek dołóż pomidora albo jabłko. Do owsianki dodaj skyr. Do obiadu dorzuć surówkę. Słodki napój zamień przy jednym posiłku na wodę. Do jogurtu wrzuć owoce i kilka orzechów.

Jedna mała zmiana. Jeden zawodnik więcej. Zero rewolucji.

Nie potrzebujesz idealnego talerza. Potrzebujesz kompletnej drużyny częściej

Drugie spotkanie z dzieciakami utwierdziło mnie w jednej rzeczy: proste zasady wygrywają z perfekcyjnymi planami.

Dzieciaki zapamiętały baterię, wodę i różnicę między szybkim kopem a stabilniejszą energią, ponieważ mogły połączyć te rzeczy z własnym życiem. Potem zbudowały z jedzenia drużynę. Każdy składnik dostał rolę, a posiłek przestał być nudnym komunikatem pod tytułem „musisz jeść zdrowo”.

Dorosły facet po trzydziestce nie potrzebuje wcale bardziej skomplikowanej zasady. Potrzebuje tylko przestać udawać, że kawa jest śniadaniem, przypadkowa przekąska obiadem, a wieczorne nadrabianie całego dnia dobrze ustawionym systemem żywienia.

Nie chodzi o jedzenie idealne. Nie chodzi o zakaz pizzy, sernika ani wyjścia z rodziną na obiad. Chodzi o to, żeby częściej budować posiłki, które wspierają pracę, trening, koncentrację i normalne życie.

Przy kolejnym posiłku nie licz kalorii. Nie oceniaj się. Nie rób rewolucji. Spójrz na talerz i zapytaj:

Czy mój talerz ma drużynę?

Jeśli nie, to wprowadź jednego zawodnika. Właśnie od takich małych decyzji zaczyna się system, który naprawdę działa. Jeśli chcesz przykładowe posiłki, napisz do mnie lub skomentuj artykuł a podeślę Ci listę najlepszych posiłków na spalanie.

Jeżeli chcesz lepiej ogarniać energię, sen, trening i jedzenie, dołącz do newslettera Dziennik Męskiej Formy. Dzielę się tam prostymi eksperymentami, checklistami i wnioskami z budowania formy w prawdziwym życiu — między pracą, rodziną i kolejnymi celami.

A jeśli chcesz przestać zgadywać, co działa na twoją energię, i zacząć wyciągać wnioski z własnych danych, sprawdź Life Lab to mój system pracy z AI, zdrowiem, produktywnością i codziennymi decyzjami.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *