Przez 11 lat pracowałem jako kierowca w Norwegii. Trenowałem już wtedy — siłownia, bieganie, przez pewien czas również CrossFit — ale były to raczej okresy regularności niż styl życia. Szczególnie trudno było podczas pracy w PostNord. Zdarzało mi się spędzać w pracy 10–15 godzin dziennie. Po takim dniu znacznie łatwiej było wybrać kanapę, słodycze czy alkohol niż trening i dobre jedzenie.
W 2020 roku urodził się mój syn. Ważyłem wtedy około 89 kg i miałem ponad 100 cm w pasie. Nie byłem w dramatycznym stanie i nigdy całkowicie o siebie nie przestałem dbać, ale wiedziałem, że nie chcę iść dalej w tę stronę.
Narodziny syna zbiegły się ze zmianą pracy. Nadal jeździłem ciężarówką, ale zacząłem pracować krócej i bardziej regularnie. Powoli porządkowałem kolejne rzeczy. Zrezygnowałem z używek, zacząłem lepiej jeść i częściej trenować. Waga spadła w okolice 83–85 kg.
Nie było jednak żadnego wielkiego przełomu z poniedziałku na wtorek.
Nadal zdarzało mi się podjadać. Nadal zmęczenie wygrywało z treningiem. Nadal łatwo było znaleźć powód, żeby dzisiaj odpuścić.
I właśnie dlatego nie wierzę dziś w idealne plany.